
Australijski interior jako stan umysłu. O „Równinach” Geralda Murnane’a
Mam inaczej – słyszę co jakiś czas (także od siebie samej).
Wydane w 1982 roku „Równiny” to nie-powieść, a tekst łączący rozważania wokół australijskiego interioru z opowieścią o procesie pisania o nich. Autor po latach przyznał, że „Równiny” powstały z fragmentów innej powieści i traktował je jako dzieło mało znaczące. Tymczasem to właśnie ta publikacja przyniosła mu popularność i zapoczątkowała etap literackiej kariery, który wiąże się z popularnością jego książek.
Równina jako stan umysłu
Jeśli już wejdziemy w ten świat, to Murnane – pięknym językiem tłumacza Tomasza S. Gałązki – angażuje czytelnika w filozoficzne rozważania tyleż samo o interiorze, co o naturze rzeczywistości – na ile definiuje nas, na ile my kształtujemy ją. Angażuje także w refleksję o tym, czy w ogóle potrzebujemy takiego konceptu organizacji przestrzeni, jakim jest „państwo”.
Zaczyna się pozornie niewinnie: filmowiec szukający sponsorów filmu o równinach australijskich zagłębia się w ich specyfikę na tyle głęboko, że zaciera się w pewnym momencie (i dla niego, i dla nas) granica między światem zewnętrznym a wewnętrznym. Nie mamy ani wyraźnych postaci, ani nawet wyraźnie pokazanego krajobrazu. Zamiast tradycyjnej fabuły dostajemy filozoficzne rozważania o przestrzeni, pamięci, sztuce, osadzone w świecie właścicieli ziemskich i specyfice interioru.
Szybko orientujemy się, jak bardzo równiny stają się metaforą umysłu – i może nawet szerzej: tożsamości.
Literatura równinna obfituje, rzecz jasna, w opisy dzieciństwa. Całe tomy przedstawiały w najdrobniejszych szczegółach topografie krajów czy kontynentów takich, jakie widywano w gasnącym świetle tej jedynej godziny, w której miały istnieć – w tym szczęśliwym momencie wśród niemal identycznych dni, nim zostały pochłonięte przez wydarzenia zbyt trywialne, by o nich w ogóle pamiętać.
Język, który spowalnia czas
Narrator bada, na ile przestrzeń, w której przebywamy kształtuje świadomość, przekształcając opowieść w serię ekfraz, złożonych konstrukcji zdań, które hipnotyzują niczym filmowy obraz. Gęstość znaczeń nadaje intensywności, która – odwrotnie niż w życiu – spowalnia odczuwanie i przebywanie w świecie.
Zazwyczaj myślimy o tym, jak bardzo narracja książkowa jest bogatsza i przewyższa filmową, że w napięciu między opowiedzianym a pokazanym daje wyobraźni więcej. Ale i – co widać wyraźnie w tej prozie – język odsłania nie tylko swoją wciągającą moc, ale szybko i niepohamowanie otwiera się na groteskę i banał. Czytelnik staje przed uzasadnionym pytaniem lub waha się: czy to świetnie napisane, czy pretensjonalne i wydumane?
Kiedy więc Murnane pisze: „tylko film mógł pokazać odległe krajobrazy marzeń jako tereny nadające się do zamieszkania, a jednocześnie przeobrazić znajome pejzaże w mglistą scenerię pasującą wyłącznie do snów” zaczynamy czuć, że coś może jest na rzeczy? Że może film pokazałby bezpretensjonalność tego ujęcia? Bo właśnie w takiej prozie – migotliwej i hipnotyzującej – obcujemy z niekończącym się rozpadem świata, nieuchwytnym przebiegiem zdarzeń, niewyraźnych postaci i równie migotliwego narratora. I jeszcze bardziej chciałoby się zobaczyć krajobraz równin.
Kiedy mapa przestaje mieć sens
Bo równina jako metafora odsłania nam także zagadnienie jakości sztuki w swej fantazmatycznej postaci:
Nieprzeliczone tomy w tej bibliotece pełne są gęsto złożonej prozy spekulatywnej: ileż to rozdziałów, jeden za drugim, ujętych jest w nawiasy, ileż glos i przypisów towarzyszy wąskim strużkom faktycznego tekstu – aż boję się, że w jakimś zupełnie zwyczajnym eseju autorstwa człowieka równin o wcale nie wybitnej reputacji natknę się na pełen wahań akapit opisujący podobnego mi mężczyznę, co bezustannie rozmyśla nad równinami, ale nigdy nie postawił na nich stopy.
Dla Murnane’a to nieuchwytność jest sensotwórcza – i staje się regułą organizacji świata i myślenia o nim.
Poczułem nagłe uniesienie na myśl, że nie wiem, co w historii równin, a nawet i w mojej własnej, można uznać za weryfikowalne.
Każda i każdy z nas przynajmniej raz w życiu miał pewnie taką refleksję. Czy to przypadkiem nie jest ten moment, żeby spojrzeć na siebie, własne przekonania i opowiadaną sobie historię, nieco podejrzliwiej? Ja przy takiej okazji trenuję w sobie podważanie tego własnego „mam inaczej”. Murnane to nie jest łatwa lektura, ale pobudzająca intelektualnie.
25 kwietnia 2026