Książka na ekranie: Nomadland o ruszaniu w drogę

Nomadland. W drodze za pracą
Jessica Bruder
przeł. Martyna Tomczak
Czarne 2020

To jeden z tych reportaży, do czytania którego długo i z oporem się zabierałam. Pewnie trochę winny jest temu koronawirus, przez którego oddychamy niepewnością (o pracę, o życie, o społeczne ograniczenia). Nie najlepszy jest też podtytuł, bo „w drodze za pracą” wprowadza w stan kolejnej niepewności i pytań, co ze sobą zrobić, kiedy (jeśli) pracę się straci. 

Życie w drodze 

Wbrew jednak obawom to nie jest książka dołująca, ale przeciwnie – pokazuje, że alternatywa życia poza kapitalistyczną sztancą jest możliwa i dostępna. Niepewność przyćmiona zostaje odwagą zmiany. Bruder nie chciała napisać książki o pogoni za pracą (podtytuł oryginału brzmi: Surviving America i the Twenty-first Century), ale zajrzeć do środka życia tych, którzy zdecydowali się, żeby ruszyć w drogę i spotkali podobnych do siebie ludzi. Tych którzy przez kryzys w 2008 roku stracili wszelkie oszczędności i pracę, często musieli pozbyć się domu, żeby spłacić kredyt, i ruszyli do innego stanu, gdzie znajdują dorywczą pracę sezonową. Ale nie praca jest celem. 

Wysokość zarobków i koszty mieszkaniowe rozeszły się tak dalece, że dla coraz większej grupy Amerykanów marzenie o spokojnym, w miarę dostatnim życiu jest nie tyle trudne do zrealizowania, ile całkowicie nieosiągalne. […] Wielu moich rozmówców zbyt długo brało udział w tej nierównej grze. Aż w końcu znaleźli sposób, aby oszukać system. […] Zamieszkali w busach, kamerach i przyczepach i podróżują z miejsca na miejsce, zawsze tam, gdzie jest dobra pogoda, chwytając się dorywczych prac, żeby zarobić na paliwo.

s. 19

Okazuje się, że życie w drodze daje wyjątkową szansę, by zobaczyć miejsca, których by się normalnie nie zobaczyło. I spotkać ludzi podobnych do siebie. Bo w tej wędrówce mierzenie się z samotnością sąsiaduje z bliskością bycia z innymi i z przyrodą. Bo – jakkolwiek banalnie to brzmi – bezkres natury i pustkowia jest czymś, co urzeka i zmienia sposób myślenia.  

Bezmiejscowi 

Bruder opisuje życie ludzi, których obserwowała z bliska przez długi czas. Tak jak oni przemierzała Amerykę.

Może Amerykanów to nie dziwi, ale nas w Polsce z pewnością zaskakuje, że życie w kamperze wędrując od stanu do stanu i pracując przy zbiorach buraka cukrowego, wybrało głównie grono sześćdziesięciolatków. Nomadland rozprawia się z mitem wypraw w nieznane, bo kto powiedział, że są one zarezerwowane tylko dla młodych? 

Książka wciąga także dlatego, że opowiada o innej wersji bycia na emeryturze. Seniorzy w Polsce kojarzą się z grupą schorowanych ludzi, którzy jeśli nie mają oszczędności i odpowiednio wysokiej emerytury swoje codzienne życie w ubóstwie starają się ukryć przed światem. Czują się niepotrzebni, a społeczny nakaz „radzenia sobie” wyklucza ich z naszego aktywnego pędzącego do przodu świata zachwytu nad nowymi technologiami. 

Stany nie są wolne od stygmatyzowanie takich osób także, emerytura staje się luksusem dostępnym dla nielicznych. Dlatego wielu sześdziesięcio- czy siedemdziesięciolatków po stracie oszczędności, pracy i wszelkich innych przywilejów klasy średniej sprzedaje swoje zadłużone domy, napełnia baki samochodowe i rusza w drogę.

Podobnych do siebie spotykają najpierw w sieci, potem przy ognisku albo na miejscu parkingowym przed Walmartem. I faktycznie trochę dzieje się tak, że miejsce parkingowe – jak pisze Bruder – staje się ostatnim miejscem wolności w Ameryce. 

Niektórzy mówią o nich bezdomni, Ale koczownicy nowej ery odrzucają tę łatkę. Mają przecież dach nad głową i środek transportu, przyjęli więc inne określenie: bezmiejscowi. 
Z daleka wielu z nich można by wziąć za beztroskich emerytów na wakacjach. Od czasu do czasu pozwalają sobie na wypad do kina albo restauracji, wtapiają się w tłum. Sposobem myślenia i wyglądem wpisują się w ramy klasy średniej.

s. 10

Ściany za daleko 

Biegunach Olgi Tokarczuk także pojawiają się współcześni nomadzi. U Tokarczuk jednak koczownictwo ma coś z nerwicowej nadpobudliwości albo natrętnego szukania tak zwanego sensu i własnego przeznaczenia. 

Bruder za to pisze o ludziach z krwi i kości, o coraz liczniejszej grupie amerykańskich koczowników, którzy realizują inną wersję amerykańskiego snu: wolności życia na prerii. 

Nie ma tu krzykliwego zaangażowanego aktywizmu. Brak moralizatorskich nakazów życia zgodnie z naturą. Można o tym opowiadać inaczej, niż nakazuje medialny format przebijania się z przekazem. 

Bruder udało się więc napisać reportaż, w którym faktografia zastępuje emocjonalne wtręty. Dziennikarka spędziła trzy lata w podróży, z małymi przerwami wracając do swojego brooklyńskiego mieszkania w Nowym Jorku, które po doświadczeniu podróży okazywało się za duże: ściany za daleko, sufit za wysoko. Dawne udomowione miejsce budziło niepokój. To ciekawe doświadczenie odczuwania przestrzeni jest także elementem opowieści.

W centrum pozostają losy ludzkie zderzone z opisem systemu gospodarczego i społecznego, w którym coraz trudniej się odnaleźć coraz większej liczbie obywateli. Z tego powodu książka reporterska Bruder staje się dokumentem współczesności, napisanym lekko i bez narzucania się z nachalną tezą. Zamiast studium cywilizacji dostajemy opis sytuacji. Wciągający dzięki reportażowej formule. 

Filmowy krajobraz 

Nomadland wolny jest od idealizacji. Nawet zachwycające krajobrazy (czytając o ścianie gór San Bernardino, podskórnie czujemy, że jest tam zjawiskowo) pojawiają się niejako między wierszami, bez przymiotników. To opis drogi rodem z Google Maps wsparty doświadczeniem osobistym, praktycznie dopowiadającym, gdzie zwolnić, gdzie najlepiej przenocować, kogo można spotkać na pustyni i gdzie warto zboczyć z drogi. 

Zupełnie inaczej jest w filmie, w którym pejzaż odgrywa rolę metanarracji. I trzeba przyznać, że film Chloe Zhao świetnie wczuwa się w klimat reportażu, ale interpretuje go po swojemu. Zhao nie poszła śladami dokumentu osobistego czy społecznego. Zmierzyła się z konwencją kina drogi, sprawdzając jego współczesne ramy gatunkowe. 

Nagrody w Wenecji i Toronto

Film zadebiutował na dwóch festiwalach i zdobył najważniejsze nagrody: Złotego Lwa w Wenecji i główną nagrodę festiwalu w Toronto.

Rola Frances McDormand to z pewnością oscarowy pewniak. To właście McDormand zachwyciła się książką, kupiła prawa do jej ekranizacji i zaprosiła do współpracy reżyserkę Chloe Zhao. 

Nomadzi nie stoją w miejscu  

Zhao wybrała opowieść o jednej głównej bohaterce: sześćdziesięciokilkulatce, która z dnia na dzień traci dorobek życia, wsiada w vana i rusza w podróż przez Amerykę. W postaci Fran odkrywamy niekrzykliwą odwagę wolności i odwagę do zmiany. Jest świadoma swoich wyborów. Obserwujemy jej inicjację w nomadyczne życie, rozrachunki z przeszłością. I brak goryczy. Jest za to dystans i humor. Zadomawiamy się w tej wędrówce bez domu.

Reżyserka Chloe Zhao – podobnie jak reporterka Jessica Bruder – zanim sięgnęła po kamerę, przemierzyła Amerykę śladami nomadów. To doświadczenie obecności i bycia w drodze staje się na ekranie malownicze, ale i pokazane jako autentyczne i zrozumiałe. Proza życia zderzona z mirami zakorzenionymi w amerykańskiej kulturze rozsadza sposób obrazowania i opowiadania na ekranie.

Dojrzałość reżyserskiego pomysłu i niezwykle czułą wyciszoną kreację McDormand dopełniają zdjęcia Joshuy Jamesa Richardsa i minimalistyczna ścieżka dźwiękowa włoskiego kompozytora Ludovico Einaudiego.

Dzięki nim melancholia opowieści przenika się z goryczą, nie przysłaniając jednak tego, że to wciąż opowieść o świecie, w którym wewnętrzny imperatyw nie pozwala stać w miejscu. 

Film w Polsce ma zapowiedzianą premierę na 29 stycznia 2021

10 stycznia 2021

Dodaj komentarz