Literatura w czasach zarazy. Top 5 (I)

1. Koniec świata na balkonie

Eating Olives at the End of the World
Etgar Keret
przeł. z hebrajskiego na angielski Jessica Cohen
„The New York Review of Books” 12 kwietnia 2020

Każdy ma swój obraz, który nieodłącznie będzie mu się kojarzył z pandemią koronawirusa, która w 2020 roku wymusiła światowy lockdown. Dla jednych będą to ludzie w maseczkach, puste półki w sklepach, wykupiony papier toaletowy, puste ulice do niedawna zatłoczonych metropolii, ścisk i tłok na granicy tuż przed jej zamknięciem. Dla innych nieostre zdjęcia połączeń na komunikatorach wideo – z bliskimi, znajomymi, współpracownikami. Dla jeszcze innych – samotny papież na pustym placu św. Piotra w Wielki Piątek. Samotność zamkniętych w domach.

W literaturze jednym z najmocniejszych opisów świata rażonego koronawirusem 2020 znajduję w niepozornym opowiadaniu Etgara Kereta zatytułowane Jedząc oliwki na końcu świata.

Skoro to koniec, to siedzę na balkonie i jem oliwki – wyznaje narrator. Miała być pizza, ale puste półki w sklepie pozbawiają złudzeń, że uda się zdobyć ciasto i sos pomidorowy. Na pólkach jedynie przetrzebione słoiki z picklami. Wśród nich ocalał słoik nadziewanych oliwek. Ulubionych. Bierze i idzie do kasy, gdzie wykończona kasjerka w starszym wieku prowadzi wideorozmowę po hiszpańsku. Narzeka, że nigdy już nie zobaczy wnuków, że nie przytuli się do nich i nie poczuje ciepła ich ciał.

Widząc klienta przy kasie, nie przerywa. A zdziwiona pieniędzmi, które szczęśliwy posiadacz słoika z oliwkami kładzie na ladzie, mówi z wyrzutem:

Świat się kończy, a ty jedyne, co masz mi do zaoferowania, to pieniądze?

Pewnie każdy z nas zna to uczucie, kiedy jest naprawdę źle i jedyne, czego w danym momencie się pragnie, to akurat ten słoik z ulubionym posiłkiem. Nieważne, ile to będzie kosztować. Skoro to koniec, można oddać za nie wszystko. Kasjerka jednak nie chce żadnej podwójnej ani potrójne zapłaty. Bo skoro to koniec, to pieniądze nie mają już żadnej wartości.

Co więc ma? Chce przytulić się do wnuków.

Do wspomnienia ze sklepu narrator Kereta wraca, kiedy już siedzi na balkonie, jedząc oliwki i wpatrując się w przytaszczony telewizor z argentyńską telenowelą. Na ekranie toczy się intensywne życie, kłótnie, miłości, zdrady. A on tuli się do kasjerki, kurcząc się w ciele, żeby choć trochę być mniejszym.

To właśnie za sprawą powracającego wspomnienia ze sklepu nie mamy złudzeń, że jest na balkonie Kereta coś na kształt spełnienia, zjednoczenia ze światem. Ostatni kontakt. I siła fizycznego dotyku.

Balkon w czasie zarazy AD 2020 nieraz już wystąpił jako miejsce kontaktu – byliśmy tam, żeby podziękować lekarzom klaskaniem, posłuchać, jak gra sąsiad z klatki czy budynku naprzeciwko, porozmawiać na odległość z bliskimi na dole. Na balkonie też po prostu mogliśmy bezpiecznie pooddychać świeżym powietrzem, nie zagrażając nikomu.

Z balkonu Kereta widać niebo i można spojrzeć w dal, co pozwala złapać dystans, oddalić i zatrzymać się na jednym wspomnieniu. Bo skoro to koniec…

W tej kontemplacji dopiero co minionej chwili, w intensywności wspomnienia widać najlepiej delikatność Keretowskiej melancholii. Nie chodzi w niej po prostu o świadomość przemijania, ale o zachwyt. Choćby nad tym na chwilę odzyskanym przeżyciem cielesnego kontaktu ze światem. Ten rodzaj melancholii oferuje intensywność w konkrecie, w drobnym szczególe – w geście. A jednocześnie zgodzie na samotność i przyzwolenie na to, co nieuchronne. Ten moment intensywności przeżycia uruchamia zachwyt. A zachwyt daje odkupienie win – świata i własnych. Co pozwala narodzić na nowo. Na chwilę.

Przytulony do kasjerki starał się skurczyć, pomniejszyć. Dać jej złudzenie, że można także w przypadkowym dotyku poczuć to, co odzywa się w tęsknocie realnej. I tak z siły fizycznej obecności rodzi się nadzieja, że świat się jeszcze nie kończy.

Całość opowiadania w wersji angielskiej do przeczytania tu.

2. Jeźdźcy Apokalipsy w greckim raju

Apokalipsa św. Jana
Biblia Tysiąclecia

Wyobrażenia końca mogą nieraz zaskoczyć. Na Patmos – gdzie ewangelista Jan w czasie snu usłyszał zapowiedź apokalipsy – nie mogłam uwolnić się od myśli, jak w tym rajskim otoczeniu można było zobaczyć tak przerażające obrazy końca świata?

Bo właśnie na Patmos św. Jan Teolog (Jan Ewangelista w religii greckokatolickiej) w 95 roku n.e. schronił się w jaskini i przez dziurę w skale – jak głosi opowieść – usłyszał głos Boga (w Apokalipsie zapisane zostanie, że Bóg przemówił do niego głosem trąby). Treść objawień została spisana przez ucznia Prochorosa i dziś znana jest jako Księga Apokalipsy.

Przed wejście do jaskini św. Jana. Patmos, 2017. Fot. Literackigps.pl
W środku kaplicy, w której w podziemiach znajduje się jaskinia św. Jana, jest szczegółowy opis wydarzeń z rycinami oraz freskami. Patmos, 2017. Fot. Literackigps.pl

Na wyspie można zobaczyć dwa miejsca związane z osobą świętego – grotę oraz klasztor. Krajobraz grecki jest tu wyjątkowo piękny. Małe białe kaplice na wzgórzach na tle głębokiego koloru nieba i morza budzą zachwyt. Naprawdę trudno pojąć, jak mogły narodzić się tu obrazy pożogi, stratowanych ciał ludzkich, masakry, jaką znamy z opisów i obrazów biblijnych.

Patmos nazywana jest egejską Jerozolimą. To najdalej na północ wysunięta wyspa w archipelagu Dodekanez. Klasztor św. Jana wraz z Grotą Apokalipsy to cel pielgrzymek zarówno katolików, jak i wyznawców prawosławia. Wybudowany został z kamienia ze świątyni Artemidy i przypomina fortecę z systemem zabezpieczeń przed grasującymi tu niegdyś piratami. W murach bramy wejściowej klasztoru wciąż widać okienka, przez które na nieproszonych gości mnisi wylewali gorącą oliwę.

Do dziś w klasztorze znajdują się cenne średniowieczne ikony sztuki sakralnej i pochodzący z XI wieku zwój pergaminu będący aktem założenia klasztoru, ze złotą pieczęcią ówczesnego cesarza Aleksego I Komnena. W bibliotece przyklasztornej można obejrzeć oryginały pism Arystotelesa i Platona. Mnisi do dziś są strażnikami klasztoru i do dziś są formalnymi właścicielami wyspy.

Dziedziniec klasztoru. Patmos, 2017. Fot. Literackigps.pl

W Apokalipsie, czyli objawieniu czasów ostatecznych, dominują obrazy zniszczenia, przemocy i chaosu. Śmierć pojawia się wśród ludzi w materialnej formie, jest wszechpotężna, sieje spustoszenie. Doskonale to oddał Pieter Breugel Starszy na obrazie Triumf śmierci. Hipnotyzujący. Do obejrzenia w madryckim Muzeum Prado.

3. W mieście bez parków

Dżuma
Albert Camus
przeł. Joanna Guze
PIW 2017

Wyobraźnię XX-wiecznej zarazy zawdzięczamy Oranowi z Dżumy Alberta Camusa. To algierskie miasto nad Morzem Śródziemnym, odwrócone tyłem do zatoki. Bez parków, drzew, ogrodów. Pory roku rozpoznać można jedynie po zmieniającym się niebie albo pojawiających się na targu koszykach kwiatów. Pochłonięte sobą, bezmyślne. Bez emocji. Brzydkie miasto, o czym wielokrotnie napisze Camus. Domy bez wdzięku. Smutne miejsce symbolizujące nowoczesność, gromadzące ludzi w biurach, a po pracy – w kawiarniach lub na balkonach.

Dżuma przychodzi wiosną, niepostrzeżenie zjawia się 16 kwietnia, wraz z pierwszym martwym szczurem, o którego potyka się doktor Rieux wychodząc ze swojego gabinetu. „To dziwne, ale minie” – myśli. Nie mija.

Czwartego dnia szczury zaczęły wychodzić, by umierać gromadnie. Wynurzały się długimi chwiejnymi szeregami, by zakołysać się w świetle, zakręcić w miejscu i skonać w pobliżu ludzi.

W mieście pojawia się niepokój, potem panika, ustępuje na chwilę, tłumiona zapewnieniami o opanowaniu sytuacji. Potem wzmaga się na nowo. Oran wydaje się miejscem wybranym do tego, żeby zagościła tam dżuma.

Dziś Oran nazywa się Paryżem Algierii, a mieszkańcy szczycą się, że tylko tu słychać muzykę na ulicach. Młodzi uważają, że to najlepsze miejsce do życia w Algierii oraz że jest tu największy liberalizm poglądów.

4. Gorączka w Davos

Czarodziejska góra
Tomasz Mann
przeł. Józef Kramsztyk (t. 1), Jan Łukowski (t. 2)
Muza 2008

Czarodziejskiej górze Tomasza Manna Davos, chociaż to uzdrowisko, bardziej kojarzy się z chorowaniem i umieraniem niż zdrowieniem. Do Davos przyjeżdża się chorym i z dnia na dzień choruje się bardziej.

Davos u Manna jest za mgłą. Wysoko w górach. Niedostępne. Tak jak niedostępna jawi się egzotyczna Rosjanka Kławdia Chauchat, dla której to Castorp zostaje w Davos na dłużej. Bo – przypomnijmy – przyjechał z wizytą i tylko na trzy tygodnie. Szybko jednak pojawiły się uwodzicielskie spojrzenia z ukosa, irytujące trzaśnięcia drzwiami i nasz bohater zawiadamia rodzinę, że w Davos zostaje na czas nieokreślony. Oczywiście ma powody medyczne (albo – jak powiedzielibyśmy dziś –psychosomatyczne): podwyższona temperatura, zdiagnozowana plamka w płucach, kłopoty z oddychaniem.

Dzięki temu gra toczy się dalej w aranżowanie spotkań, próby nawiązania kontaktu. Odwieczne czekanie. Davos staje się udręką. Miejscem poza realnym światem, poza kontrolą, poza możliwością spełnienia.

Castorp do Davos przyjeżdża z Hamburga pociągiem:

Jedzie się przez wiele różnych krajów, to pod górę, to na dół, z Wyżyny Bawarskiej do brzegów Jeziora Bodeńskiego, potem statkiem (…). Stąd już komplikuje się droga.

Davos nie tylko oddala go od normalnego życia, spraw, kariery. Ale w zasadzie niszczy wszystko to, co było i co czekało w Hamburgu na jego powrót. Gubi sens, tak jak traci rozeznanie w miejscach, które migają mu za oknem pociągu. Bo kiedy towarzysz podróży kuzyn Joachim po 28 godzinach podróży oznajmia mu, że pora wysiadać, Hans Castorp odpowiada: „Ale przecież jeszcze nie zajechałem”. Owszem. To już tu. Davos – Wieś, skąd najbliżej do sanatorium. Okolica nieszczególna, choć słynąca z powietrza. Świeże, ale bez aromatu. Łatwo wchodzi do płuc i „nie przemawia do duszy”.

Z czasem zachwyca się kwitnącymi na wiosnę modrzewiami. Spaceruje w dół do wsi, mija strumyk, tory kolejowe. Wyjeżdża po siedmiu latach. Z przymusu. W pośpiechu.

Dziś do Davos zjeżdżają możni świata na najważniejszy ekonomiczny szczyt, przy okazji korzystając z dobrodziejstw natury i okolicznych stoków narciarskich. Dla zwykłych śmiertelników Davos – podobnie jak pozostała część Szwajcarii – należy do miejsc niedostępnych, przede wszystkim cenowo. Wyjęte poza nawias wszystkiego, na co nas stać w Europie.

5. Ostatni na statku szaleńców

Żywego ducha
Jerzy Pilch
Wydawnictwo Literackie 2018

Wygląda na to, że na świecie został tylko on. W mieście otoczonym kredowymi wzgórzami, potem w Hotelu Paryż, wraca też do siebie, czyli do mieszkania na Hożą, momentami w opowieści znajdujemy się w szpitalu z zezowatą pielęgniarką zmieniającą kroplówkę. Ale szpital jest jakby z innego świata, z innej realności.

Główny nurt opowieści dotyczy miasta i świata, w którym poza narratorem nie przeżył nikt. Na obrzeżach płonie ognisko, w które wpatruje się dniami i nocami. Odwiedza przypadkowe puste mieszkania, gdzie śladami dawnej teraźniejszości, dawnych przewidywań i minionych lęków często bywają książki. Jak często u późnego Pilcha pojawiają się opowieści w opowieści. Czyli książki, w których zagłada mnoży sensy i oddaje stan zawieszania, samotności, odchłań pustki. Z czasem mieszkania zasiedlają lisy i wilki, które też przeżyły zagładę.

Narrator zaś coraz częściej znajduje się w coraz dziwniejszych miejscach o niepewnym statusie ontologicznym. Statek pijanych albo głupców z obrazu Hieronima Boscha (genialna myśl, że skoro wszyscy wyginęli, to można go zabrać z Luwru) uwalnia się z urojenia, urealnia, ukonkretnia.

Historia znikania staje się coraz mroczniejsza. Zamyka ją ostatnia wizja, kiedy bohater podnosi głowę, żeby upewnić się, gdzie jest i widzi, że „zarzucone nieśmiertelnymi koszulami pola szły ze wszystkich stron”.

Ale i w tej mrocznej wizji tli się nadzieja, że „na peryferiach przetrwało życie”. Pilchowy narrator od zawsze trzyma się na uboczu, woli Wisłę, własne ścieżki, nie wsiada do metra, chodzi opłotkami.

Apokalipsa rozgrywa się w języku. Świat kończy się, bo milknie.

Od wieży Babel zaczyna się nowe życie – wielu języków, wielu narodów. Niezliczonych indywidualnych opowieści. Pilch nieraz powie, że dopóty żyjesz, dopóki opowiadasz.

Post scriptum

Wszystko zaczęło się w Lizbonie

Poemat o zagładzie Lizbony albo rozpatrzenie aksjomatu wszystko na świecie jest dobre
Wolter
tłum. Aleksander Wołowski
„Literatura na Świecie” 1979, nr 4

I jeszcze całkiem na koniec prof. Marek Bieńczyk przypomina o trzęsieniu ziemi w Lizbonie w 1755 roku, która jego zdaniem jest najistotniejszą katastrofą naturalną w dziejach do czasów pandemii 2020 roku. Nie dlatego, że pochłonęła największą liczbę ofiar ani nie dlatego, że była najbardziej spektakularna rozmiarem tragedii. Dlaczego więc? Bo jest redefinicją naszego istnienia. W wyniku tego typu katastrofy „ludzkość nie może już w ten sam sposób mówić o sobie”.

W brawurowym wykładzie mistrzowskim w ramach akcji „IBL dla szkół” prof. Bieńczyk szczegółowo przytacza historię lizbońskiego trzęsienia ziemi, nawiązania literackie i filozoficzne, cytuje fragmenty dzieł o niej opowiadających, nie tylko Woltera. Lektura obowiązkowa i pasjonująca – do wysłuchania i obejrzenia:

20 maja 2020

2 komentarze

Dodaj komentarz