Ukraińskie wyparcie Walentynowicz

Walentynowicz. Anna szuka raju
Dorota Karaś, Marek Sterlingow
Znak 2020

Zmieniła się nazwa – dziś Sienne nazywa się Sadowe. Dom rodziny ikony Solidarności stoi niemal w tym samym miejscu. Niedaleko szkoły, wystarczyło minąć cerkiew.

O tym, że jej rodzina wciąż żyje na Ukrainie, Anna Walentynowicz dowiaduje się w listopadzie 1996 roku. Odnajduje ją ukraiński historyk, który pyta w liście, czy jej panieńskie nazwisko to Lubczyk i czy miała cokolwiek wspólnego z polską rodziną Teleśnickich. Miała. To u nich nastoletnia Anna pracowała jako służąca. Pracowała chętnie, sama się zgłosiła, bo w domu była bieda. Chciała się najeść. Z Teleśnickimi ucieka z Wołynia do Polski. To oni – jak opowiada reporterom po latach najstarsza siostra Walentynowicz Olha Lubczyk – mieli powiedzieć Annie, że wszyscy zginęli. 

Po 53 latach dawna rodzina odnajduje Annę, która przyjeżdża do swojej wsi. Spotyka się z rodzeństwem, zostawia im swoją biografię z dedykacją. Obiecuje, że będzie kolejne wydanie z poprawioną wersją życiorysu. Nigdy jednak nie dochodzi to do skutku. Anna nawet nie stara się o to.

Do rodzinnej wsi i rodziny wraca co roku. „Mam rodzinę na Ukrainie” – zwierza się Henryce Krzywonos, prosząc o dyskrecję. Opowiada z zawstydzeniem o bracie, który był w UPA. To trudne. W latach 90. w Polsce zaczęły się polsko-ukraińskie rozliczenia, historycy zajmują się rzezią wołyńską. Karaś i Sterlingow przypominają atmosferę tych rozliczeń, i dziś aktualne pytania:  

Kto, kogo i dlaczego zabijał? Czy ukraińscy nacjonaliści prowadzili na Wołyniu czystkę etniczną? Do UPA należeli zbrodniarze czy patrioci? Walentynowicz decyduje się z nikim nie rozmawiać o swojej przeszłości.

Czy znów próbuje przetrwać? Obawia się, że przestanie być polską bohaterką Solidarności? Boi się oskarżeń o kłamstwo?

Nikt nie pytał o Wołyń

Z perspektywy lat 2000 trudno dociec, czemu Anna Walentynowicz ukrywała prawdę o swoim pochodzeniu. Dlaczego nie próbowała sprawdzić, czy ktokolwiek przeżył. Nie próbowała wracać do miejsca, które opuściła. Ale trudno też mieć o to pretensje, bo lekko jej w życiu nie było: walczyła o przeżycie, o lepszą pracę, o zameldowanie, do czego potrzebowała metryki urodzenia, o którą też musiała się postarać, o większe mieszkanie.

Karaś i Sterlingow pokazują to z codziennym detalem. To ten typ biografii, w której z bohaterką obcujemy codziennie. Jemy z nią obiad, myjemy naczynia, strajkujemy, robimy na drutach, przeżywamy kłótnie, złość, płacz, lęk. 

Walentynowicz przez całe życie walczyła także o to, żeby nie być pomijaną. Ciężko pracowała. Była przodownicą pracy, aktywistką. Lubiła być pierwsza. Najlepsza. Kiedy trzeba, potrafiła upomnieć się o swoje. Bez obaw pisze list do Bieruta, w którym upomina się o większe mieszkanie siebie i syna. Dostaje. Uparta. Pyskata. Pryncypialna. 

O dalekich krewnych nic nie wie nawet syn Janusz ani biografka – dziennikarka, z którą Anna Walentynowicz się zaprzyjaźniła. Nigdy nie sprawdził tej wersji historyk Sławomir Cenckiewicz. W rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem, że uwierzył Annie. Nie czuł potrzeby sprawdzania. Był zmęczony tematem. 

W milczeniu

Na okładce widzimy staruszkę podpierającą ręką policzek. Pomarszczona twarz, żywy wzrok, wcale niełagodny. Na drugiej stronie okładki widzimy uśmiechniętą Annę przy spawaniu. W pierwszym odruchu wydaje się, że to wzrok matki patrzącej na swoje dziecko. 

Walentynowicz prosi rodzinę, żeby nie przyjeżdżali na jej pogrzeb, jeśli umrze w Polsce. Szanują tę decyzję. W rozmowach z autorami książki są otwarci, nie oceniają siostry, nie narzekają.

Anna dla nich nie jest bohaterką Solidarności, ale odnalezioną siostrą. Im się nie przelewa. Ona ma mieszkanie w Gdańsku, żyje skromnie, ale wygodnie. Trudno po latach rozłąki skleić to, co zostało tak dramatycznie rozerwane. Także dlatego milczenie jest częścią skomplikowanych losów polsko-ukraińskich.

Po sąsiedzku 

Mniej więcej 30 kilometrów z Siennego jest do Równego, gdzie co poniedziałek odbywał się dzień targowy. W Równem były szkoły rosyjskie, polskie, żydowskie i ukraińskie. W hebrajskim gimnazjum uczyła się Ania Mussman, późniejsza matka Amosa Oza – najbardziej rozpoznawalnego na świecie pisarza izraelskiego. Aptekę przy głównie ulicy prowadziła Klara Sandberg, której wnuczka Sara Gincburg debiutuje w „Echach Szkolnych”, bierze udział w konkursie „Wiadomości Literackich”, swoim talentem zachwyca Juliana Tuwima. To Zuzanna Ginczanka – dziś ponownie odkrywana i czytana. 

15 maja 2020

Dodaj komentarz