Dolina Poległych w Hiszpanii

Strup. Hiszpania rozdrapuje rany
Katarzyna Kobylarczyk
Czarne 2019

Władca cieni 
Javier Cercas
przeł. Ewa Zaleska 
Noir sur Blanc 2019

Valle de los Caídos, czyli Dolina Poległych, z ogromnym mauzoleum znajduje się w górach Sierra de Guadarrama na północny zachód od Madrytu. Znajdują się tam kości zamordowanych w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Ofiar i oprawców. Zmieszane. W zbiorowej mogile, której powstanie było obsesją Franco. Górnicy drążą tunel, frankiści zwożą szczątki i grzebią razem pod pozorem zgody narodowej. 

Gigantyczna marmurowa skrzynia na prawdziwe kości. Fundament nowego kraju. Jak katedra. Jak piramida. Krypta. We wnętrzu góry. (81)

Nad wszystkim góruje krzyż. Ma 150 metrów, waży blisko 182 tysiące ton, w sumie dwadzieścia pięć milionów metrów sześciennych zbrojonego betonu, dwadzieścia pięć milionów metrów sześciennych piasku, ponad cztery miliony metrów sześciennych granitu. 

Rozsiane anonimowe groby

W czasie wojny domowej w latach 30. XX wieku zginęło pół miliona ludzi. Kobylarczyk jeździ po Hiszpanii współczesnej, na mapie której znajduje się niezliczona ilość kropek oznaczających anonimowe bądź zbiorowe mogiły. Mapa znajduje się na strona hiszpańskiego ministerstwa, ale ani ono, ani historycy nie są w stanie podać jej liczby. Nikt nie aktualizuje mapy, nie wiadomo, gdzie jeszcze są anonimowe groby. 

Dolina Poległych jest wymownym symbolem. Do niedawna był tu pochowany także gen. Franco. Ale lewica po dojściu do władzy doprowadziła do jego ekshumacji. Dolina Poległych to jednak wciąż tykająca bomba nie tylko jeśli chodzi o przepracowanie pamięci. Rodziny ofiar upominają się o szczątki swoich bliskich, a tych z Doliny Poległych nie da się ekshumować, naukowcom nie da się ustalić DNA. Masowe zwożenie kości do nowego mauzoleum było robione niedbale, nikt właściwie nie zadbał o pochówek. 

Miejscowe biura turystyczne nie organizują tam wycieczek, Zapatero chciał nawet wysadzić w powietrze, lokalsi niechętnie doradzają, jak tam dotrzeć. Ale i tak jest turystycznym hitem. Miejscem pielgrzymek. Dolina Poległych mieści się ok. 50 km od Madrytu, 12 km od El Escorial. Można tam dotrzeć autobusem nr 664 z dworca Moncloa w kierunku Escorialu. 

Pamiętanie 

Kobylarczyk, laureatka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego 2020, pisze reportaż faktograficzny, szalenie oszczędny emocjonalnie. Zestawia liczby, wydarzenia, daty i historie zamordowanych bliskich kilkorga poznanych rodzin. Ale bohaterami jej książki, o czym informuje w pierwszym zdaniu, są właśnie ci, którzy zginęli. Nie losy ich życia, ale los ich ciał po śmierci wrzuconych do studni, zakopanych w płytkich grobach. Kobylarczyk jest przy ekshumacjach, tam gdzie mogą się odbyć. I tu jest skupiona na detalach, technikaliach. Bez emocji. Opisuje, jak jest, żebyśmy my dowiedzieli się, jak było. Nie jest to studium pamięci ani milczenia. To niesamowicie aktualna opowieść o politycznej i społecznej niemocy radzenia sobie z bolesną przeszłością. 

Milczenie przez dziesięciolecia 

Dlaczego milczeli bliscy? Dlaczego przez 80 lat nie pytają, gdzie leżą ich mężowie, bracia, dziadkowie, czasem też matki i żony? Jak wielki musiał być strach, że kobiety ubierają czarne spódnice, woalki i idą gdzieś przystanąć w żałobie. Bez słowa. 

O tym milczeniu, o rozdrapywaniu ran znacznie więcej niż u Kobylarczyk przeczytać można w wydanej niemal w tym samym czasie co reportaż Kobylarczyk powieści Javiera Cercasa Władca cieni. Dla Cercasa to prywatna historia rodzinna, powieść to efekt prywatnego śledztwa. Próbuje on po 80 latach ustalić okoliczności śmierci kuzyna matki, czyli ciotecznego dziadka, falangisty, który jako 19-latek walczył w oddziałach Franco. Zginął w bitwie nad Ebro.

Po pogrzebie Manuela Meny jego najbliżsi, łącznie z rodzicami, przestają o nim mówić. Nie tylko nie ma wspomnień, milczenie jest totalne. Jakby nigdy nie istniał. Falangiści stanęli po stronie dyktatury, przez lata uważali się za bohaterów. Ale żyli często w tym samym miejscu, w którym mieszkali rodziny zamordowanych republikanów. Ginęło się za nic. Pęknięty kraj, w którym jedni uchodzili za wrogów, drudzy musieli wrogów się pozbyć. 

Wtedy zabijało się już za byle co. Z urazy. Z nienawiści. Bo miało się z kimś na pieńku. Za byle co. Taka była wojna.    

Autor opowiada historię rodzinny, żeby zmierzyć się z własnym wstydem, bo nie należy do sympatyków reżimu Franco. Dziadek zginął za sprawę, która była „paskudna, martwa i wyrządziła nieodwracalne szkody”. 

28 maja 2020

Dodaj komentarz