Jak Maradona oburzył się na Jana Pawła II

Książka twarzy
Marek Bieńczyk
Świat Książki 2011

El Diego
Diego Armando Maradona
przeł. Wojciech Charchalis
Zysk i S-ka 2005

Ręka Boga. Życie Diego Maradony
Jimmy Burns
przeł. Jerzy Łoziński
Zysk i S-ka 2004

Nie oglądam piłki nożnej. Obce mi są zbiorowe emocje, szczególnie gdy stoją za nimi psychofani nazywający siebie kibicami. Jednak teksty o piłce nożnej mają w sobie nieprawdopodobny ładunek emocji, zbiorowego uniesienia, wspólnotowego przeżycia, o który trudno gdziekolwiek indziej.

I niejednokrotnie mają pięknych bohaterów, którzy w książkach zdają się prawdziwsi niż w rzeczywistości.  

Piłka nożna Pilcha i Bieńczyka 

Jerzy Pilch był kibicem wyjątkowym i nie dlatego, że żarliwie wierzył w to, że Polska będzie mistrzem świata. Jego kibicostwo najmocniejsze jest wtedy, gdy wiernie i do końca kibicuje Cracovii, która przebywała i wypadała z kolejnych lig. 

Ale najpiękniejszy tekst o futbolu, który wyszedł spad ręki pisarza polskiego, należy do Marka Bieńczyka. W Książce twarzy jest kilka esejów poświęconych piłce nożnej. Na pierwszy mecz ojciec zabrał syna, kiedy ten miał pięć lat. To stanowiło spoiwo ich relacji: 

Sport łączył nas bardziej niż wszystko; dla niego nie była to trudna, gdyż wreszcie nieudawana pasja, ostatecznie najbliższa sercu, aczkolwiek i tu gdzieś przystawał po drodze, nie szedł do kresu, nie znał większości wyników pierwszej ligi angielskiej, słabo się orientował w naszej trzeciej lidze, w wynikach z okręgówki naszego dzielnicowego Orła, patałachów nad patałachy, podczas gdy ja chłonąłem jak wodę z sokiem z ruskiego saturatora wszystkie rezultaty i nazwiska, rekordy świata i rankingi.

Światło bramki w: Książka twarzy, s. 19

Czytałam to nie jeden raz – dziś znów. Za każdym razem mam tę samą afektywną reakcję dziwnego ukłucia w żołądku. Tak pewnie działa emocjonalność autentycznego doświadczenia formującego wspólnotę z ojcem, z kolegami, z którymi chodzi na Żyletę, z miejscem (mecze Gwardii miały często także ten walor, że rozgrywały się blisko rodzinnego Grochowa, czyli na Stadionie Dziesięciolecia). 

Piłka nożna była do końca tematem wspólnych rozmów z ojcem, ale i dawała wrażenie, że wciąż coś się dzieje, skoro jutro mecz. Że życie nie tylko się nie kończy, ale ma swój dawny, niezmienny, wieczny rytm. 

Pewnie także dlatego, że – jak zresztą Bieńczyk sam pisze – sport w „środkowym PRL-u”, czyli latach 60. i 70., „miał ogólnie sielankowy posmak; swoją nieprzekupną pasją, kompletnym i histerycznym oddaniem się sprawie”. Karmił emocjami, kiedy w sklepach były puste półki. 

To samo znajdziemy w Złym Tyrmanda, który toczy się wokół legendarnego meczu Polska – Węgry na Łazienkowskiej. 

Mit Górskiego 

Bieńczyk swoje mistrzostwo pokazuje szczególnie, kiedy dobiera się do mitu Górskiego – trenera wszech czasów. Pod jego wodzą polska drużyna zdobywa sensacyjne trzecie miejsce na mistrzostwach świata w RFN w 1974 orku. To właśnie ta wygrana stanowi mit założycielski narodowej wiary w potęgę polskiej piłki.

Tyle że Bieńczyk – w odróżnieniu od dziennikarzy – potrafi na Kazimierza Górskiego spojrzeć z dystansem, bez bałwochwalczego padania na kolana.  

Tam gdzie Gmoch będzie później rysował geometryczne schematy, krzyżował linie jak w grze w kartofla, przesuwał stopera na prawe skrzydło, on miał mówić: do przodu panowie, bardziej do przodu, i trochę się przyłożyć. I w ogóle głowa do góry, wygramy ten mecz, co mamy nie wygrać!

Książka twarzy, s. 40

Mit Maradony 

Poza Górskim bohaterem mojego dzieciństwa był także Diego Maradona. Mówił o nim cały świat, a dziś – kiedy nagle odszedł w wieku 60 lat – cały świat ponownie odmienia jego nazwisko przez przypadki. 

Maradona nam kojarzy się z Argentyną, bo w latach 80. jedynie na mistrzostwach można go było zobaczyć w akcji. Ale świat z pewnością bardziej umiejscawia go w Neapolu, bo w Napoli osiągnął najwięcej (także finansowo).

Kiedy w 2005 roku w księgarni wpadła mi w ręce jego autobiografia El Diego, odruchowo zaczęłam czytać, mając w pamięci słynne obrazki z telewizora i okrzyki komentatorów. 

Książka była hitem w Ameryce Południowej. Media rozpisywały się, że wielu kupiło jako jedyną w życiu.

Diego Maradona wiele ma wspólnego z polską drużyną piłkarską PRL-u. Chłopak z wielodzietnej biednej rodziny, który dzięki talentowi wspiął się na szczyt. Jest jak najlepszy bohater ze świetnej powieści: niepokorny, nieoczywisty, niejednoznaczny. Indywidualista albo arogancki typ. Wybór tak naprawdę należy do czytelnika. 

Narodowy bohater

Świetnie gra, jego szybkość i zwinność podziwiają wszyscy.

Ale ma i ciemniejszą stronę: jest konfliktowy, wybuchowy, wdaje się w narkotyki, nie układa mu się w życiu osobistym. Nie radzi sobie ze sławą? Niekoniecznie to takie proste. Z autobiografii – nieco bałaganiarskiej – wyłania się postać, która płynie z falą. Bierze w życiu to, co mu się akurat nawinie.  

I nawet jeśli pomagający mu pisać tę spowiedź życia dziennikarze Daniel Arcucci i Ernesto Cherquisa Bialo, wpatrzeni są w niego jak w obrazek, to z potoku słów wyłania się postać nieco mniej telewizyjna.

Jest małostkowy. Ma za złe trenerowi Menottiemu, że nie wziął go do kadry na mundial w 1978 roku. Był wówczas 18-letnim chłopakiem, potem był na wielu mundialach, ale ten jeden, na którym nie był, boli go po latach. 

Ma nadmuchane ego. Przyzwyczaił się, że jest wyjątkowy. Oburza się nawet na papieża Jana Pawła II, który nie odpowiada na jego pytanie – w czasie prywatnej audiencji – o to, dlaczego wręcza mu taki sam różaniec, jak jego matce, skoro wręczając papież mówił, że akurat jemu daje wyjątkowy.

Tylko spojrzał, poklepał mnie, uśmiechnął się i poszliśmy dalej. Kompletny brak szacunku, poklepał mnie i uśmiechnął się, nic więcej! Diego, daj se spokój i spadaj już, bo inni ludzie na mnie czekają – to mi powiedział tym klepaniem po plecach. 

Ręka Boga 

Małostkowość i ego widać także wtedy, kiedy Maradona próbuje nie dopuścić do publikacji biografii Ręka Boga. Życie Diego Maradony Jimmy’ego Burnsa, który boskość piłkarza sprowadza do ziemskich rozmiarów. Choć – podkreślę to od razu – Burns także kocha się w Maradonie.

Tu widzimy lepiej niż w poprzedniej, że Maradona pogubił się wtedy, kiedy uwierzył, że jest kimś nadzwyczajnym, kogo los nie ma prawa doświadczyć, bo – jak sam mówi – to „Bóg sprawia, że tak dobrze gram”. 

Boskość Diego narodziła się w Meksyku, w czasie mundialu w 1986 roku, kiedy w meczu z Anglikami strzela dwa gole: jeden bezsprzeczny po powtarzanym w powtórkach slalomie przez całe boisko, a drugi (wcześniejszy) zdobywa dzięki lekkiemu dotknięciu ręki, czego nie zauważa arbiter. Do historii przeszła wypowiedź Diego po meczu, że bramkę zdobył „głową Maradony i ręką Boga”.

W Argentynie świętowano tę wygraną jako rewanż za przegraną wojnę o Falklandy. Maradona powie po latach, że w pojedynkę pomścił tych, którzy zginęli.

Ale Burns pokazuje jeszcze inny cień Maradony: ludzi wokół niego, którzy zbijali na nim kapitał i często cynicznie ciągnęli go w dół. Paradoksalnie to, że Diego Maradona nie chciał zmierzyć się z prawdą, czyni go też bardziej ludzkim niż cokolwiek innego. Do końca chciał postrzegać siebie jako bohatera własnej powieści.

25 listopada 2020

Dodaj komentarz