Książki, które przeczytałam za późno

Nostalgiczne czytanie

Są książki, które zostają z nami na długo. Obiecujemy sobie, że jeszcze do nich wrócimy (i nierzadko tak się dzieje). W moim przypadku taką książką była „Przygoda z owcą” Haruki Murakamiego. Pamiętam, że podobnie jak głównemu bohaterowi i mnie nie dawała spokoju dziwna fotografia owcy z łatą na grzbiecie w kształcie gwiazdy. Dziwna podróż, którą bohater bez imienia odbywa z dziewczyną o idealnych uszach, pozostawiła we mnie wspomnienie miksu różnych sprzecznych uczuć. Dziwnego poczucia transcendencji (magii? ukrytego sensu?), które przenika świat – i jest czymś, co tylko da się przeczuć i odczuć, bo opisując to, osuwamy się w potworny banał. 

To było moje wejście w świat Murakamiego, z książkami którego spędziłam kolejnych 30 lat. I z pewnością to jeden z tych pisarzy, któremu zawdzięczam poczucie, że świat może być miejscem także dla introwertyczek. Że i my możemy się w nim odnaleźć i zamiast boleśnie dopasowywać, po prostu poczuć dobrze (albo przynajmniej w miarę OK). 

Murakami to zresztą jeden z tych pisarzy, który stał się dla mnie usprawiedliwieniem dla kiełkującego w moim nastoletnim życiu poczucia, że nie ma w życiu nic ważniejszego i nic bardziej kojącego niż czytanie książek. I że nie muszę o tym głośno mówić, ale też nie muszę o tym milczeć w poczcie wstydu bycia dziwaczką.

Są też książki, które przeczytałam za późno. I myślę czasem, że gdybym na nie trafiła wcześniej, może oszczędziłabym sobie wielu udręk okresu young adult. I dziś do nich wracam i zachęcam innych.

1. „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, Ursula K. Le Guin

Czarnoksiężnik z Archipelagu
Ursula K. Le Guin
przeł. Stanisław Barańczak
Prószynski i S-ka (pierwsze polskie wydanie: 1983)

A prawda jest taka, że im bardziej rośnie prawdziwa moc człowieka, im bardziej poszerza się jego wiedza, tym bardziej zwęża się droga, którą może on kroczyć; aż wreszcie niczego już nie wybiera, lecz czyni tylko i wyłącznie to, co musi czynić…

Gdybym jako nastolatka spotkała Geda, może wcześniej zrozumiałabym, że z własnym cieniem się nie walczy, ale się go oswaja i nazywa. Le Guin opowiada historię chłopca obdarzonego talentem tak wielkim, że staje się on niemal jego przekleństwem. Z pychy i zranionej próżności Ged wypuszcza na świat mroczną istotę, która zaczyna go ścigać. 

Przez większą część książki ucieka, aż w końcu odwraca się i sam rusza w pogoń, bo  jedynym sposobem, by pokonać cień, jest wyjść mu naprzeciw i wypowiedzieć jego imię. A imię cienia okazuje się jego własnym.

To jedna z tych prawd, których nie da się wytłumaczyć nastolatce, a które trzeba przeczytać w odpowiednim opakowaniu — w micie, w magii, w świecie wysp i smoków. Że to, co w nas dziwne, ciemne, niepasujące, nie jest wrogiem do pozbycia się, lecz częścią do nazwania. Że prawdziwa moc nie polega na tym, by być podziwianym, ale by znać prawdziwe imiona rzeczy. Przede wszystkim swoje własne. Czytanie Le Guin za późno oznacza tylko jedno: że na własną rękę, boleśniej i dłużej, dochodziłam do tego, co ona podała mi w gotowej, opowiedzianej formie.

Wiele lat później przeczytałam listy Stanisława Lema do Ursuli Le Guin i w jednym z nich pisze on o swojej własnej lekturze „Czarnoksiężnika…”: 

„Czarnoksiężnik z Archipelagu” była dla mnie cudownym przeżyciem. Nie będę łgał, miałem pewne obawy, doszły mnie bowiem słuchy, że to „opowieść magiczna”, a ja nie mogę czytać nawet tak wybitnego twórcy jak Tolkien. […] Tymczasem Pani książka nie jest przeznaczona wyłącznie dla dzieci, powiedziałbym nawet, że przeznaczona jest dla nich w drugiej kolejności. Jest to tak krystalicznie czysta, przejrzysta opowieść, że poczułem coś na kształt zazdrości. 

2. „Buszujący w zbożu”, J.D. Salinger

Buszujący w zbożu
J.D. Salinger
przeł. Magdalena Słysz
Albatros (pierwsze wydanie polskie: 1961)

Z Holdenem Caulfieldem sprawa jest trudniejsza, bo to niebezpieczne towarzystwo… Gdybym przeczytała Salingera w wieku piętnastu lat, pewnie pokochałabym go tak, jak kocha się kogoś, kto mówi dokładnie to, co sami czujemy, a czego nie umiemy wypowiedzieć: że wokół wszyscy coś udają, że tylko my jedni czujemy zbyt mocno i zbyt prawdziwie. To niebezpieczna pociecha, bo łatwo na niej ugrzęznąć. I wielu ugrzęzło, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że morderca Johna Lennona miał ją przy sobie, podobnie jak zamachowiec na życie prezydenta Ronalda Reagana. 

A jednak Salinger jest mądrzejszy niż jego bohater. Pod cynizmem Holdena kryje się rozpaczliwa czułość, której niezbitym dowodem jest miłość do siostry Phoebe, niezagojona żałoba po młodszym bracie czy choćby marzenie, by stać na skraju pola żyta i łapać dzieci, zanim spadną z urwiska w dorosłość. Jasne, Holden nie jest wzorem. Pewnie bardziej jest ostrzeżeniem, ale i lustrem jednocześnie. 

Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniośle umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast – że pragnie skromnie dla niej żyć.

I jakoś czuję w kościach, że gdybym trafiła na tę książkę w młodości, dostałabym i jedno, i drugie: ulgę, że ktoś nazwał moją obcość, i – gdybym czytała uważnie – cichą podpowiedź, że na samej obcości nie da się zbudować życia. Że sama pogarda dla świata prowadzi donikąd, najwyżej do ośrodka, z którego Holden opowiada swoją historię. Nie, książki Stachury tego mi nie dały. 

3. „Jutro, jutro i znowu jutro”, Gabrielle Zevin

Jutro, jutro i znowu jutro
Gabrielle Zevin
przeł. Marta Faber
Zysk i S-ka 2022

Tę książkę przeczytałam naprawdę za późno, bo ukazała się, gdy dawno już byłam dorosła. Ale czytałam ją tak, jakby była listem do mnie nastoletniej. Sam i Sadie poznają się jako dzieci i przez kolejne dekady robią razem gry komputerowe. To nie jest historia miłosna w żadnym oczywistym sensie; to opowieść o przyjaźni, która jest też wspólnym tworzeniem, i o tworzeniu, które bywa najczystszą formą bliskości. Takiej wersji Bildungsroman bardzo nam brakuje. 

Zevin pisze o ludziach, których pasja — w oczach tzw. normalnego świata dziecinna, niepoważna, nerdowska — okazuje się sensem całego życia. O tym, że można zbudować dom z rzeczy, które inni uważają za stratę czasu. 

Co ciekawe, tytuł pochodzi z najczarniejszego monologu Makbeta o jałowości istnienia, ale książka odwraca go do góry nogami: w grze zawsze jest następne „jutro”, kolejne życie, szansa, by zacząć poziom od nowa. Życie – wydawać by się mogło – tej litości nie zna, ale przecież dziś często się powtarza, że jest kolejny dzień, w którym można zacząć od nowa… No i literatura i sztuka potrafią nam to „jutro” podarować. Gdybym przeczytała to wcześniej, łatwiej byłoby mi uwierzyć, że własna dziwna pasja nie jest czymś do ukrycia, lecz materiałem, z którego buduje się i pracę, i miłość, i całą resztę.

Nie dziwią mnie zachwyty nad tą książka Billa Gatesa, który czyta ją dla siebie i dla wnuków, doskonale wyczuwając jej wartość w procesie dojrzewania. Także dojrzewania do miłości. Celnie pisze Zevin:

Łatwo było czuć niechęć do mężczyzny, lecz trudniej było czuć niechęć do chłopca, który istniał tuż pod powierzchnią tego mężczyzny.

4. „Guguły”, Wioletta Grzegorzewska

Guguły
Wioletta Grzegorzewska
Czarne 2014

I wreszcie książka, która sprowadza całą tę podróż do mikropqzestrzeni — dosłownie, bo do Hektarów, wsi gdzieś na Jurze, gdzie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dorasta Wiola. „Guguły” to niedojrzałe owoce, zerwane za wcześnie, twarde i cierpkie — i trudno o lepszą metaforę dziecka, które jest jeszcze nie w swoim czasie, jeszcze nie takie, jakim świat chciałby je mieć.

Grzegorzewska pisze krótkimi, gęstymi obrazami, w których cała dziwność, okrucieństwo i piękno dzieciństwa zostają ocalone w języku. To dzieciństwo wrażliwej dziewczynki w wiejskim świecie, które na wrażliwość niespecjalnie ma miejsce. I pewnie dlatego tak bardzo czuję, że chciałabym, żeby trafiło do mnie wcześniej. Bo to jest moja własna geografia, mój język, moje szare lata, choć moje Hektary nazywały się inaczej. Czytając „Guguły”, zdajemy sobie sprawę z tego, że obcość przeżyta w polskiej, prowincjonalnej, jeszcze peerelowskiej scenerii nie jest gorsza ani mniej literacka niż obcość Holdena z Nowego Jorku. Że i ona zasługuje na to, by ją opisać. I że być może to jest najgłębsza ulga, jaką daje literatura: zobaczyć, że ktoś już nazwał to, co nam wydawało się nienazywalne i tylko nasze. Jak choćby to:

Dziwnie jest urządzony ten świat. Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły.

Początek listy 

Czy żałuję, że spotkałam te książki za późno? Trochę tak, bo może oszczędziłyby mi paru lat przekonania, że ze mną jest coś nie tak. Ale jest w spóźnionym czytaniu również coś dobrego: dziś rozpoznaję w tych historiach nie tylko siebie sprzed lat, lecz całą drogę, którą od tamtej dziewczynki przeszłam. 

Wszystkie cztery opowiadają w gruncie rzeczy o tym samym: że poczucie inności, które w wieku kilkunastu lat smakuje jak wyrok, z czasem okazuje się naszym kręgosłupem. Że to, co kazało mi się chować po kątach z książką, stało się później moim sposobem obcowania i radzenia sobie ze światem.

Jeśli znacie kogoś, kto właśnie teraz czuje się dziwakiem nie na miejscu, to może znajdzie w tych książkach swoją ulgę. I dajcie znać — jakie są wasze książki przeczytane za późno? Bo chętnie przeczytam kolejne. 

31 maja 2026